WYWIADY

Na kawę z Adrianem Stawskim

icon01/08/2017

Daniel

W zakończonym niedawno sezonie sporo się w jego trenerskim życiu wydarzyło. Dotąd asystent, dostał szansę poprowadzenia pierwszego zespołu Drutex-Bytovii. Podołał zadaniu, ratując ją przed spadkiem z I ligi. Jak podkreśla, nie jest to wyłącznie jego zasługa. W restauracji „Stacja smaku” spotkaliśmy się trenerem Adrianem Stawskim.

Kurier Bytowski – Całkiem niedawno miałem okazję rozmawiać z Jackiem Maszkowskim. Tak się złożyło się, że wywiad przypadł na 10-lecie jego działalności w Drutex-Bytovii. Twój staż w klubie jest niewiele krótszy.
Adrian Stawski – Moja przygoda z bytowskim klubem zaczęła się na początku 2011 r., choć mogła prędzej… (śmiech). Już wcześniej padały propozycje z Drutex-Bytovii, aby przejąć zespół juniorów. Byłem jednak po słowie z ludźmi związanymi z Uranią Udorpie, że poprowadzę drużynę. Dwa razy odmówiłem, trzeci raz nie mogłem. Chodziło o drużynę rezerw i rolę asystenta trenera Waldemara Walkusza.
Szybko udało Ci się wprowadzić drugi zespół do czwartej ligi.
Objąłem zespół na półmetku sezonu 2010/2011 i zakończyliśmy go na 3 miejscu. W kolejnym udało się awansować do IV ligi z drugiego miejsca.
Po roku prowadzenia drużyny w IV lidze zrezygnowałeś?
Pierwotnie miałem dalej być trenerem rezerw i jednocześnie asystentem trenera Waldemara Walkusza. Plany się zmieniły, gdy do klubu przyszedł trener Paweł Janas. Musiałem wybierać – albo asystentura, albo drugi zespół.
Jak wspominasz współpracę z trenerem Waldemarem Walkuszem?
Bardzo dobrze. Miał znakomite podejście do zawodników. Typowy psycholog. Łatwo zjednywał sobie ludzi. Potrafił stworzyć drużynę, w której jeden za drugim szedł w ogień. Był świetnym motywatorem.
Co zmieniło się, gdy zespół objął trener Paweł Janas?
Wszystko (śmiech). Waldemar Walkusz większość pracy wykonywał sam. Z kolei Paweł Janas powierzył mi ogrom, kompletnie nowych dla mnie zadań. Prowadzenie rozgrzewki, analiza sport testerów, analiza gry przeciwnika. Często bywało, że po meczu naszej drużyny, następnego dnia jechałem w Polskę oglądać spotkanie z udziałem następnego rywala. Tego samego dnia przygotowywałem raport, bo nazajutrz omawialiśmy z piłkarzami grę przeciwnika. Zupełnie inny wymiar pracy.
Można powiedzieć, że „Janosik” pokazał Ci profesjonalny futbol.
Zdecydowanie. I bardzo się cieszę, że było mi dane uczyć się od takiego fachowca. W Polsce jest kilku znanych szkoleniowców, którzy swoją pracę zaczynali właśnie jako jego asystenci. Choćby Maciej Skorża i Piotr Stokowiec. Z tej współpracy wyciągnąłem najwięcej, jak mogłem.
Wyglądaliście na wyjątkowo zgrany duet szkoleniowców.
Przyznam, że zżyliśmy się w trakcie wspólnej pracy. Do dziś jesteśmy w bardzo dobrych relacjach. Zresztą, gdy objąłem zespół wiosną, byliśmy w dołku, w pewnych kwestiach radziłem się właśnie trenera Pawła Janasa…
A jak wspominasz współpracę z trenerem Tomaszem Kafarskim?
To świetny strateg. Taktykę ma w małym palcu.
„Kafar” – trudny charakter, panuje taka opinia…
Jeśli się go pozna, okazuje się być całkiem sympatycznym facetem. Choć można odnieść takie wrażenie, obserwując jego pracę z zewnątrz. Poświęca się jej bez reszty. Jest perfekcjonistą. Prywatnie jest zupełnie inny.
Można powiedzieć, że wszyscy trzej szkoleniowcy ukształtowali trenera Adriana Stawskiego?
Od trenera Waldemara Walkusza nauczyłem się, jak ważne jest tworzenie dobrego klimatu w drużynie, na boisku, w szatni i poza nią. Dzięki Pawłowi Janasowi poznałem metodykę treningów i to, jak wygląda praca w profesjonalnym klubie. Tomasz Kafarski pokazał mi perfekcyjną organizację pracy z drużyną. Rzeczywiście można powiedzieć, że od każdego „podkradłem” po trochu (śmiech).
W roli pierwszego trenera zastąpiłeś właśnie Tomasza Kafarskiego. Gdy pojawiła się propozycja z klubu, wahałeś się?
Z jednego względu – miałem świadomość, że trudno będzie wyciągnąć zespół z kryzysu. Przedstawiłem wszystkie wykonane przez nas mikrocykle treningowe profesorowi Zbigniewowi Jastrzębskiemu. Powiedział, że potrzeba będzie kilku tygodni, żeby zespół złapał świeżości. Bałem się, bo tyle czasu nie mieliśmy. Uwierzyłem jednak, że to możliwe.
Co dokładnie było przyczyną kryzysu? Wielokrotnie podkreślaliście, że ją znacie i pracujecie nad jej wyeliminowaniem.
W trakcie zimowej przerwy piłkarze wykonali ogromną pracę siłową. Okazało się, że aż za dużą… bo kosztem szybkości. W meczu z Górnikiem Zabrze pewna firma przygotowała dla nas analizę motoryki naszych zawodników. Otrzymaliśmy dane dotyczące dynamiki piłkarzy i pokonywanego przez nich dystansu na boisku. Okazało się, że biegamy jednostajnie, bez niezbędnych w piłce zrywów i przyspieszeń. Z polskiego na nasze – byliśmy zdecydowanie wolniejsi od rywali. Wprowadziliśmy korekty w treningu i było lepiej.
Odbudowywanie formy szło wam mozolnie. Graliście coraz lepiej, ale nie było wyników.
To było frustrujące. Jedyne, co mogło nas uratować, to cierpliwość i konsekwencja w działaniu. Przełomowy miał być mecz w Kluczborku. Chłopcy zagrali świetnie, jednak w końcówce spotkania straciliśmy bramkę na 2:2 po rzucie karnym „z kapelusza”…
Fakt, sędziowie wam nie pomagali. Mam na myśli przede wszystkim nieuznane bramki.
To było nasze przekleństwo wiosną. Nie uznano nam aż pięciu prawidłowo zdobytych bramek.
Pojawiały się nawet zdania, że to zemsta Polskiego Związku Piłki Nożnej za poparcie, jakiego klub udzielił biznesmenowi Józefowi Wojciechowskiemu, ubiegającemu się o funkcję prezesa PZPN.
Nie chciałbym iść tak daleko, ale słyszeliśmy to nawet od osób związanych ze związkowym środowiskiem. Cierpieliśmy z powodu decyzji sędziów. Zabolało zwłaszcza, gdy sędzia Wojciech Myć nie uznał bramki Łukasza Wróbla w kluczowym dla nas meczu z Chojniczanką Chojnice. Rzut karny został wykonany prawidłowo, co potwierdziło grono fachowców. Co więcej, nawet PZPN wydał oświadczenie, że sędzia popełnił rażący błąd. Tymczasem już dwa tygodnie później ten sam arbiter poprowadził mecz w ekstraklasie…
Jak nie idzie, to po całości. Atmosfera w zespole musiała gęstnieć.
Przeciwnie, atmosfera była znakomita. Chłopcy cały czas wierzyli, że się utrzymamy. Momentami się dziwiłem i zastanawiałem, czy prowadzę drużynę broniącą się przed spadkiem, czy walczącą o awans. Klimat w szatni był tak dobry. To zasługa naszych kapitanów, Krzysztofa Bąka, Łukasza Wróbla, Janusza Surdykowskiego, którzy wzięli na siebie ciężar utrzymania ducha w zespole. Kiedyś powiedzieli mi „trenerze, rób swoje, a my zadbamy o szatnię”. Dotrzymali słowa.
Pierwsze zwycięstwo w końcu przyszło w meczu z Chrobrym Głogów. Nadzieja ciągle się tliła.
Jeszcze raz podkreślam, nigdy nie zgasła. Zdobyliśmy ważny komplet punktów, potem zremisowaliśmy w Chojnicach, następnie ograliśmy Stomil. Wtedy wiedzieliśmy już, że baraże muszą być nasze.
Przed meczem z Radomiakiem przestrzegałeś, żeby nie lekceważyć rywala. To była zasłona dymna, czy może kurtuazja? Już w pierwszym meczu rozstrzygnęliście sprawę.
Radomiak w Bytowie zagrał systemem 3-5-2, takim samym, jakim graliśmy za kadencji trenera Kafarskiego. Niemal cały sezon stosował inne ustawienie, więc mocno zaryzykował. Nie można nauczyć się, opanować tej taktyki w tydzień. Znałem ten system od podszewki i wiedziałem, jak zneutralizować jego mocne strony. W szatni powiedziałem chłopakom, że jeśli faktycznie drużyna z Radomia wyjdzie na boisko w takim ustawieniu, wbijemy im przynajmniej trzy gole. Wbiliśmy cztery… O lekceważeniu rywala nie było mowy. Tego nie robię nigdy. Zwyczajnie, byliśmy na taki scenariusz przygotowani.
Nieważne, że po barażach, ale można było wreszcie odetchnąć. Dałeś radę. Mam na myśli jako trener. Nie wszyscy w to wierzyli.
Często słyszałem, że jestem niepoprawnym optymistą, jeśli sądzę, że uda nam się utrzymać w I lidze.
Biorąc pod uwagę problemy, skalę wyzwania, towarzyszący temu stres, przybyło Ci siwych włosów, albo zaglądałeś do kardiologa?
Moi przyjaciele, Ryszard Mądzelewski i Krzysztof Babiński, kiedy się spotykaliśmy, uważnie oglądali mi głowę i dziwili się, że nie mogą znaleźć siwizny (śmiech). A tak serio, to przyzwyczaiłem się do życia w stresie i tego, jak sobie z nim radzić. Cieszę się, że udało mi się również zawodnikom wpoić, jak radzić sobie z presją w końcówce sezonu. Mało tego, w rozmowach ze mną podkreślali, że w ogóle nie czuli ciśnienia, kiedy wychodzili na murawę, żeby rozegrać kolejny mecz „o życie”.
Uważasz to za swój sukces?
Tak, jest to moje małe zwycięstwo.
Po zakończeniu sezonu z klubu odeszło kilku ważnych piłkarzy.
Jestem rozczarowany odejściem Mateusza Klichowicza. Walczak, którego chciałem zatrzymać w drużynie. Byliśmy nawet po słowie, że zostaje. Niespodziewanie pojechał na testy w ekstraklasowych Jagiellonii Białystok i Sandecji Nowy Sącz. Chciał sobie polepszyć, to polepszył. Jest aktualnie w Olimpii Grudziądz.
Jeszcze kogoś zamierzałeś zatrzymać?
Generalnie zostali piłkarze, których chciałem mieć w zespole, i którzy chcieli być częścią Drutex-Bytovii.
Kończą się letnie przygotowania. Wszystko udało się wam zrealizować?
Wszystko, na co pozwolił nam czas. Przez baraże było go mniej, ale nie chciałem robić niczego kosztem urlopów piłkarzy. Potrzebowali odpoczynku.
Drutex-Bytovia w sparingach wyglądała nieźle. W każdym razie wygraliście wszystkie mecze kontrolne i dwa w Pucharze Polski.
Do optymalnej formy jeszcze daleko, ale cieszę się, że udało nam się te mecze wgrać. Trenerzy często podkreślają, że to tylko sparingi, ale tak naprawdę każdy chce wygrywać. Zawsze wpajam zawodnikom wolę zwycięstwa, czy to w spotkaniu towarzyskim, czy o stawkę. To musi się stać nawykiem. Wygrywanie meczów, piłek w środku pola, w powietrzu, w sytuacjach podbramkowych. Zawsze mamy wychodzić na boisko i dawać z siebie wszystko. Dlatego preferuję tzw. walczaków.
Pozyskaliście latem aż 10 zawodników. Realne wzmocnienia, czy uzupełnienie składu?
Zdecydowanie wzmocnienia. To nie są transfery z przypadku. To piłkarze dopasowani do naszego stylu gry i przede wszystkim charakterni, waleczni zawodnicy. Szybko wkomponowali się do drużyny i wierzę że będą stanowili o jej sile. Co ważne, od razu zostali zaakceptowani przez resztę zespołu.
Pozna swój swego…
Dokładnie. Tworzy nam się zgrana paczka piłkarskich „bandziorów”. Oczywiście nie dosłownie. Chodzi mi o to, że to zawodnicy pasujący do siebie charakterem, którzy skoczą w bój jeden za drugiego. Chłopcy pokazali to zwłaszcza w meczach pucharowych.
Okienko transferowe otwarte, będą jeszcze jakieś wzmocnienia?
Nie przewiduję kolejnych transferów. Kadrę uważam za zamkniętą. Jest jedynie temat pozyskania 17-letniego Aleksa Hendryka z Pogoni Szczecin, który był z nami na obozie. Młody, wyjątkowo zdolny chłopak.
Czyli jesteś zadowolony z transferów.
Tak, bo udało nam się wzmocnić konkurencję w zespole. Nowi muszą udowodnić, że są lepsi niż zawodnicy, których mamy w zespole dłużej. Ci z kolei muszą obronić swoją pozycję w drużynie i udowodnić, że zasługują na miejsce w składzie. Tak to już w futbolu działa.
Na co stać bytowską drużynę wiosną?
Moim celem jest wygrywać w każdym kolejnym meczu. Naprawdę nie chcę snuć żadnych marzeń. To nie ma najmniejszego sensu. Potrzebujemy stabilizacji i pewnego, bezpiecznego miejsca w tabeli. Gdybyśmy poprawili nasz najlepszy wynik, czyli 8 miejsce na koniec sezonu w I lidze, byłoby pięknie.
A jakie cele stawia przed Tobą Zarząd klubu?
Działacze i sponsor Drutex-Bytovii znają mnie na tyle, by wiedzieć, że nie muszą ode mnie wymagać maksimum. Tego zawsze wymagam sam od siebie. Nie mamy sprecyzowanych celów.
Z innej beczki. Kiedyś sam kopałeś. Opowiesz, jak wyglądała Twoja przygoda jako piłkarza?
Piłkarz to za duże słowo. Trener Paweł Janas zawsze powtarzał, że piłkarze to są w Hiszpanii (śmiech). Grałem czysto amatorsko w Uranii Udorpie.
Graliśmy przeciwko sobie, gdy byłeś w Uranii. Może trochę przesadziłem – byłem chwilę na murawie (śmiech). Radziłeś sobie w obronie więcej niż nieźle.
Kiedyś trener Uranii, Tomasz Taras, odchodząc z klubu, dla swojego następcy sporządził notatki o każdym zawodniku. Napisał wtedy „Adrian Stawski to zawodnik, którego każdy trener chciałby mieć u siebie”. Może faktycznie nie było tak źle (śmiech). A bardziej serio, patrząc z perspektywy czasu, jest to powód do śmiechu, trochę komplement, a na pewno znakomita pamiątka z fajnych dla nas czasów. Janusz ciągle te notatki posiada (śmiech).
Adrian Stawski prywatnie – futbol 24 godziny na dobę?
Trzeba o to spytać żonę. Czasami Kasia się wścieka, że rozmawiamy tylko o piłce (śmiech). Niestety, czasu mamy dla siebie niewiele. Kiedy trenerem był Paweł Janas, zdarzało się nawet, że jeździliśmy razem na mecze, żeby tylko pobyć razem. Ale żona i córki wiedzą, ile dla mnie znaczy piłka nożna i dają potrzebne wsparcie.
Z miejsca, z którego oglądam mecze widzę, że masz bardzo wiernych kibiców.
Są praktycznie na wszystkich meczach w Bytowie. Wsparcie bezcenne.
Uciekasz od piłki, gdy masz okazję?
To jest niemożliwe (śmiech). Nasi przyjaciele to ludzie związani z piłką nożną, albo uwielbiający futbol. Także nawet na spotkaniach towarzyskich, temat przewodni to piłka.
A co robisz, gdy nie musisz się nią zajmować?
Lubię czytać… książki związane z futbolem.
Gdybyś nie był trenerem, byłbyś…
Nauczycielem wychowania fizycznego, którym zresztą jestem. Pamiętam, że jako dzieciak zawsze mówiłem mamie, że kiedyś będę wuefistą (śmiech).
A może muzykiem… Wiem, że kiedyś grałeś w kapeli…
Pewnie mało kto o tym wie (śmiech). Dawno temu razem ze świętej pamięci Mariuszem Główczewskim i przyjaciółmi zakładaliśmy bytowski zespół No-Se. Przez parę lat graliśmy i koncertowaliśmy. To była fajna przygoda. Dla mnie skończyła się wraz z natłokiem życiowych obowiązków. Nie można wszystkiego pogodzić. Ale do dziś czasami sobie pogrywam, na przykład na akustyku do ogniska.
Pewnie wtedy, jako dzieciak, byłem na jednym z waszych koncertów. Na czym grałeś?
Na gitarze basowej. Mam ją do dziś, ale nie pamiętam, jakiej marki jest „wiosło” (śmiech).
Domyślam się więc, że muzyka gitarowa jest Twoją ulubioną.
Zdecydowanie, lubię mocne brzmienie gitary i jej energię.
A może Adrian Stawski ma jeszcze jakieś inne pasje, o których warto pogadać?
Kiedyś pływałem na desce, ale aktualnie nie mam na to czasu. Pasją „na całego” stała się piłka nożna (śmiech).
Więc tego się trzymaj. Dziękuję za rozmowę i powodzenia w nadchodzącym sezonie.
Dzięki.

rozmawiał Daniel Zakrzewski

METRYCZKA
Imię – Adrian; nazwisko – Stawski; wiek – 39 lat; wzrost – 184 cm; waga – 90 kg; z zawodu – nauczyciel wychowania fizycznego; ulubiony sportowiec – Ruud Gullit; wzór sportowca – Cristiano Ronaldo; hobby – piłka nożna i muzyka; ulubione jedzenie – spaghetti bolognese i carbonara; ulubiona muzyka – rockowa, generalnie lubi ciężkie granie; ulubiona książka – „Być liderem” autorstwa trenera Alexa Fergusona; ulubiony film – Ojciec Chrzestny.

banner
banner
banner

ARCHIWUM PDF