WYWIADY

„Na kawę” z Łukaszem Wróblem

icon25/12/2017

Daniel

Można powiedzieć, że im dłużej gra w piłkę, tym robi to lepiej i z coraz większymi sukcesami. Do Drutex-Bytovii trafił przed prawie siedmioma laty i jest obecnie w wąskim gronie zawodników z najdłuższym stażem w bytowskim klubie. Pewnie także z powodu lojalności wobec czarno-biało-czerwonych barw tak bardzo cenią go kibice. Z Łukaszem Wróblem spotkaliśmy się w „Stacji Smaku” w Udorpiu.

„Kurier Bytowski” – Pochodzisz z Torunia. Tam też zapewne zaczęła się Twoja przygoda z futbolem.
Łukasz Wróbel – Tak, zaczęła się w wieku 8 lat. W Elanie Toruń w piłkę grał mój starszy brat Marcin i ja również chciałem kopać. Nie było wtedy jeszcze akademii piłkarskich, których teraz jest bardzo dużo. Chodziłem po prostu na zajęcia starszej grupy wiekowej, żeby pobiegać z chłopakami.
Do Twojego brata jeszcze wrócimy (śmiech). Wiedziałeś wtedy, jako dzieciak, że zostaniesz piłkarzem?
Nie zakładałem takiego scenariusza. Chodziło po prostu o to, żeby dorównać starszemu bratu. On zawsze chciał być piłkarzem, a ja kopiowałem.
Sportowa rodzina?
Właściwie to nie, bo zawodowo w piłkę graliśmy tylko ja i brat.
W sezonie 2008-2009 jako zawodnik Bałtyku Gdynia pierwszy raz zagrałeś przeciwko Drutex-Bytovii.
To był bodajże dwumecz w Pucharze Polski i dwa spotkania w III lidze.
Przypuszczałeś wtedy, że kiedyś zagrasz w bytowskim klubie?
W ogóle o tym wtedy nie myślałem. Raczej łączyłem swoją przyszłość z Bałtykiem, który mierzył wówczas naprawdę wysoko. Ostatecznie awansowaliśmy do II ligi, choć i tak nie zostałem w Gdyni na kolejny sezon…
Trafiłeś do I-ligowej wówczas Pogoni Szczecin. Rozegrałeś kilka spotkań w barwach portowców, ale miejsca w klubie nie zagrzałeś.
Trener Piotr Mandrysz nie widział dla mnie miejsca w zespole. Szykowali się na wzmocnienia zespołu, a siedzenie na ławce mnie nie interesowało. Chciałem grać. Z perspektywy czasu nie uważam jednak pobytu w Pogoni za stracony czas, bo dzięki temu dużo zyskałem jako piłkarz.
W Dolcanie Ząbki też byłeś tylko przez rok.
Prawie przez dwa lata byłem poza domem w Kościerzynie. Miesiąc przed transferem do Dolcanu urodził mi się synek. Było mi trudno dzielić życie na dwa domy. Wolałem być blisko rodziny.
I wtedy przed sezonem 2011/2012 trafiłeś do Drutex-Bytovii. W jakich okolicznościach?
Przez Wojtka Piętę (śmiech). Znaliśmy się z gry w Kaszubii Kościerzyna i Bałtyku Gdynia. Gdy pierwszy raz zadzwonił Wojtek, odmówiłem, bo miałem ważny kontrakt, ale powiedziałem, że możemy usiąść do rozmów po sezonie.
Nie odbierałeś tego jako krok w tył?
Patrząc na moją karierę widać, że czasem lepiej zrobić krok w tył (śmiech). Choć wcale w tej kategorii nie rozpatrywałem transferu do Drutex-Bytovii, która była wtedy beniaminkiem II ligi. Poza tym mogłem być bliżej domu.
Obiecałem, że wrócimy do Twojego brata. W tym samym sezonie zagrałeś przeciwko Marcinowi, gdy był on zawodnikiem Elany. Z uwagi na ten fakt, był to dla Ciebie trudny mecz?
To, że po drugiej stronie był mój brat nie miało żadnego znaczenia. Mecz jak każdy inny. Zawsze najważniejsze jest dobro drużyny. Spotkaliśmy się przed meczem i po nim, ale na murawie liczyła się jedynie piłka i zwycięstwo.
On też jest obrońcą, więc za dużo pewnie nie powalczyliście. A gdyby Marcin zagrał wtedy w ataku?
Nie byłoby żadnej taryfy ulgowej. Pewnie byłbym jeszcze bardziej zmotywowany, żeby wygrać ze starszym bratem (śmiech).
Od razu stałeś się podstawowym obrońcą i… pupilem trenera Waldemara Walkusza. Mieliście świetny kontakt.
Trener był charyzmatyczną osobą i rzeczywiście miał kilku swoich faworytów, ale to miało zapewne na celu „trzymanie” drużyny na boisku i poza nim. Bardzo miło wspominam współpracę z trenerem Walkuszem.
Gdy zespół objął trener Paweł Janas coś się zmieniło?
Samo przyjście takiej persony, wielokrotnego reprezentanta Polski, a później selekcjonera kadry narodowej, wprowadziło w szatni pewnego rodzaju ciśnienie i presję na jeszcze lepszą grę. Podświadomie wymagaliśmy od siebie więcej.
I nie masz pretensji, że straciłeś wtedy opaskę kapitana na rzecz Krzysztofa Bąka.
Absolutnie. Taki był wybór trenera Janasa. Nawet o tym zbytnio nie myślałem.
Gdy potem przyszedł trener Tomasz Kafarski, miałeś problem z przestawieniem się na zupełnie inny styl gry?
Zawsze interesowałem się piłką i uważnie studiowałem każdy aspekt futbolowego rzemiosła, włącznie z tajnikami taktyki. Starałem się więc otworzyć na każdego nowego trenera i wyciągać ze wspólnej pracy jak najwięcej.
Streścisz w kilku słowach, jaką naukę wyciągnąłeś od szkoleniowców, z którymi dotychczas pracowałeś?
To jest temat na kilkugodzinną rozmowę albo nawet na cały dzień, więc nie zdążymy (śmiech). Na pewno o żadnym nie mogę powiedzieć złego słowa. To, co od nich wyciągnąłem, zachowam dla siebie i może kiedyś wykorzystam, jeśli dane mi będzie być trenerem.
Poprzedni sezon nie był dla was udany. Drutex-Bytovia musiała walczyć w barażach o pozostanie w I lidze. Chyba że spojrzeć na Puchar Polski, w którym dotarliście do ćwierćfinału.
Puchar Polski to był dodatek, taki bonus od życia, możliwość sprawdzenia się na tle drużyn z ekstraklasy. Bolało nas, że w lidze się nie wiedzie, bo była dla nas priorytetem.
Były chwile zwątpienia, że nie uda się uratować I ligi?
Przyznam, że był taki moment i wcale nie w kontekście dwumeczu z Radomiakiem, ale znacznie wcześniej. Choć wiosną graliśmy coraz lepiej, punktów nam nie przybywało. Dużo było pomyłek sędziowskich, kilka nieuznanych goli, które padły prawidłowo. Aż zaczęły się w głowie pojawiać myśli, czy aby nie wracają dawne demony polskiego futbolu.
Dla Ciebie indywidualnie był to chyba bardzo dobry sezon. Grałeś w niemal wszystkich meczach ligowych i pucharowych, a w dodatku z 7 golami zakończyłeś rozgrywki jako drugi najskuteczniejszy zawodnik w drużynie.
Tak, jest to powód do satysfakcji, ale zawsze ważniejsze było dobro drużyny. Obrońców rozlicza się z tego, ile jest po stronie strat. Bramki czy asysty to jedynie bonus. Poza tym 6 goli zdobyłem z rzutów karnych (śmiech).
Ale trzeba je jeszcze wykorzystywać. Robisz to w specyficzny, modny ostatnio sposób, uderzając na dwa tempa.
Zawsze tak wykonywałem jedenastki (śmiech). Po prostu wcześniej nie było okazji, bo świetnie egzekwował je Jasiu [Surdykowski – przyp. red.]. Nie było więc potrzeby wychodzić przed szereg, bo zależało nam też żeby mieć w drużynie króla strzelców.
Sędziowie różnie na to spoglądają. Mam na myśli pamiętny rzut karny w Chojnicach.
Nie byłem wściekły, że nie uznano mi rzutu karnego, ale raczej że nie uznano kolejnego prawidłowo strzelonego gola, który mógł nam wtedy zapewnić pozostanie w lidze bez konieczności gry w barażach. Zresztą później komisja sędziowska podważyła decyzję sędziego i anulowała żółtą kartkę, którą pokazał mi wtedy arbiter.
Jeśli chodzi o aktualny sezon, straciłeś jego pierwszą część przez kontuzję. Był to dla Ciebie powód do frustracji?
Tak, bo nie mogłem pomóc drużynie. Poza tym raz pierwszy w karierze doznałem poważniejszego urazu stawu skokowego i potrzebna była operacja, a potem dłuższa przerwa. Nie przepracowałem pełnego okresu przygotowawczego i musiałem nadrabiać zaległości.
Jak oceniłbyś aktualny sezon? 11 miejsce w tabeli to chyba nie jest szczyt ambicji waszych i trenera Adriana Stawskiego.
Na pewno nie, ale jesteśmy zadowoleni z gry drużyny. Trzeba pamiętać, że przez udział w barażach mniej było czasu na zmontowanie i zgranie zespołu. Uważam też, że tabela nie odzwierciedla tego, jak wyglądaliśmy na boisku. Zgubiliśmy dużo punktów w meczach, które można było wygrać. Tabela I ligi jest w tym sezonie tak płaska, że przy kilku „oczkach” więcej nasze miejsce byłoby zdecydowanie lepsze.
Potencjał drużyny jest większy?
Myślę, że przy wzmocnieniach w zimowym okienku transferowym, przy napływie świeżej krwi, stać nas wiosną na lepszy wynik. Na pewno nie powtórzy się sytuacja z poprzednich rozgrywek…
Na co stać zespół wiosną?
Wierzę, że spokojnie na miejsce w pierwszej szóstce.
Zacząłeś już siódmy sezon w Drutex-Bytovii. Można powiedzieć, że znalazłeś w Bytowie futbolowy dom?
Muszę stwierdzić, że bardzo dobrze czuję się w Bytowie. Życie prywatne i zawodowe mogę tu znakomicie łączyć i to jest dla mnie najważniejsze. Nie bez znaczenia jest stabilność klubu i sponsora, bo przecież żyję z piłki. Dodatkowo pozwala to walczyć o najwyższe cele.
Myślałeś kiedyś, żeby osiedlić się w Bytowie?
Mieszkam w Kościerzynie, a to niedaleko, więc nie było nigdy takiej potrzeby. Poza tym Kościerzyna jest bardzo podobnym miastem. Dlatego zawsze było mi dobrze w Bytowie. W pewnym sensie czuję się bytowiakiem (śmiech). Jednak synek chodzi do szkoły, a żona prowadzi swoją firmę na miejscu, więc póki co zostanie, jak jest. Ale nie mówię nigdy, bo nie wiadomo co przyniesie życie.
Wspomniałeś o dziecku i żonie. W jakim składzie gra rodzina Łukasza Wróbla?
Żona ma na imię Anita, syn Leon ma 7 lat, no i córeczka Kaja, która przyszła na świat 17 miesięcy temu.
Nadchodzą święta Bożego Narodzenia. Jak spędzicie ten czas?
Wigilię zazwyczaj spędzamy z rodziną żony w Kościerzynie, natomiast kolejny dzień świąt w Toruniu z moją rodziną.
Czego życzyć Tobie z okazji nadchodzących świąt i Nowego Roku?
Przede wszystkim zdrowia, bo ono jest najważniejsze.
A czego Ty życzyłbyś kibicom?
Nie tylko kibicom, ale też kolegom z drużyny, trenerom i działaczom życzę spokojnych świąt w rodzinnym gronie oraz żeby następny rok był lepszy od poprzedniego.
Dziękuję za rozmowę.
Dzięki.

rozmawiał Daniel Zakrzewski

METRYCZKA
Imię – Łukasz; nazwisko – Wróbel, wiek – 34 lata; wzrost – 187 cm; waga – 84 kg; z zawodu – piłkarz; ulubiony sportowiec – nie mam; wzór sportowca – piłkarze, którzy wszystko osiągnęli ciężką pracą; hobby – piłka nożna, ulubione jedzenie – polska kuchnia, ulubiona muzyka – zależy od nastroju; ulubiona książka – publikacje o sporcie i zdrowym stylu życia; ulubiony film – „300” i „Gladiator”.

banner
banner
banner

ARCHIWUM PDF