REPORTAŻE

Las wierszem malowany

icon18/01/2017

Diana

Tylko najbliższe grono znajomych wie, że spod pióra leśnika, Leszka Krawca, wychodzi co roku ponad 1000 wierszy, prawie wszystkie o lesie. Codziennie przesyła przyjaciołom jeden lub kilka, powstałych pod wrażeniem chwili.

Inspiruje go każdy przejaw przyrody: piękno drzew w jesiennych szatach, szemrząca tajemniczo Słupia, otulone mgłą jeziora, opadający listek, trawy kołysane wiatrem, szron w świetle księżyca, galop koników polnych, klangor żurawi. To właśnie przyjaciele, przełamując jego wrodzoną skromność, nakłonili Leszka, by poszedł na spotkanie twórców bytowskiego Klubu Literackiego „Wers”. Pół roku później, we wrześniu 2016 r. został do tego klubu przyjęty.

OD PRZEZNACZENIA NIE UCIEKNIESZ

L. Krawiec urodził się i wychował w rodzinie leśników. W domu nazywali go „Antek”, gdyż, jak bohater noweli B. Prusa, cały czas rzeźbił nożykiem w pozbieranych w lesie korzeniach. Wychodziły z tego zwierzęta, ptaki, sylwetki ludzi. Nie wyobrażał sobie życia poza lasem, więc oczywiste było, że wybrał technikum leśne. W internacie w Warcinie, z tęsknoty za domem, napisał pierwsze wiersze. Otoczył się nietypowymi dla nastolatka i przyszłego leśnika książkami. Na półce obok Ochrony Lasu, Hodowli Lasu, Atlasu Szkodników Leśnych i Łowiectwa stali Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Schiller. Do dziś recytuje z pamięci dowolne fragmenty „Pana Tadeusza” czy „Fausta”. – Nigdy nie odkładałem rozpoczętej książki. Nawet gdy była trudna. Zapierałem się i docierałem do końca. Niektóre pozycje czytałem nawet parę razy. Taką mam właściwość, że bez trudu zapamiętuję wszystko, co przeczytam. Zdarza się, że w rozmowie z kimś same z siebie nasuwają mi się cytaty, idealnie pasujące do sytuacji. Dziwi to moich rozmówców. Mówią, że nieczęsto spotyka się kogoś, kto w zwykłej rozmowie mówi wierszem – opowiada L. Krawiec.

Często zastanawiał się, skąd mu się to wzięło? Jak to się dzieje, że słowa same układają mu się w rymy? Prawda wyszła na jaw dopiero po wielu latach. – O tym, że mój ojciec pisał wiersze, nie wiedziała nawet najbliższa rodzina. Ja dowiedziałem się przypadkiem, długo po jego śmierci. Wysłałem cioci jeden z moich wierszy, a ona mi odpisała, że piszę tak jak mój tata. Tylko jej, w najgłębszej tajemnicy, pokazywał swoje utwory. Musiała przysiąc, że póki żyje, nikomu tego nie zdradzi. W taki sposób się dowiedziałem, że we krwi mam nie tylko las, ale i poezję – mówi.

KONKURS I DREWNIANE PTAKI

W technikum leśnym redagowałem gazetkę szkolną. Wszystkie wydarzenia opisywał wierszem. – Pisałem satyry na kolegów i fraszki, a czasem i utwory poważne, okolicznościowe. Gdy trzeba było np. na wycieczce szkolnej wpisać coś do księgi pamiątkowej czy o czymś napisać, zawsze proszono mnie. Koledzy mi przez to trochę dokuczali. Wołali: Ty, poeta! Przestali mi dokuczać dopiero, gdy zdobyłem I miejsce na międzyszkolnym wojewódzkim konkursie na fraszkę o szkole. To było w 1972 r. w Koszalinie. Każda szkoła średnia w województwie wystawiła swoich reprezentantów. Każdy uczeń miał recytować swoją fraszkę przed komisją i publicznością. Z nerwów zapomniałem tekstu, który sam ułożyłem! To już koniec, pomyślałem, taki wstyd! Cała szkoła przyjechała mi kibicować, a ja mam pustkę w głowie! Trudno, raz kozie śmierć. Wyciągnąłem kartkę z kieszeni i przeczytałem:

„Uczeń i nieuk to obraz sprzeczności

Jako pies z kotem – nie mają zbieżności

A ten dylemat tak trzeba rozwiązać”,

Aby nieuka z nauką powiązać.

Nie spodziewałem się, że zajmę I miejsce! Koledzy mało nie pękli z dumy, że nasza szkoła wygrała. Nareszcie dali mi spokój. Ksywa „Poeta” mimo wszystko została, ale od tego czasu zaczęli ją wymawiać zupełnie innym tonem. Słyszałem, że po tym konkursie uczniowie we wszystkich szkołach musieli się mojej fraszki nauczyć na pamięć. Przyznam, że trochę mi było głupio, że to przeze mnie. Podobnie, jak niewyraźnie się czułem w następnym roku, po historii z drewnianymi ptakami – wspomina. Podczas zajęć terenowych w lesie Leszek znalazł korzeń. Jak za dziecięcych czasów podniósł go, obejrzał i poczuł, że musi wydobyć z tego kawałka drewna to, co w nim zobaczył. Wystarczyło tylko tu i ówdzie delikatnie przyciąć, skorygować, odpowiednio ustawić i już widać było dziób i skrzydła. Potem przyszły następne. Ptaki wyrzeźbione w wolnych chwilach z kawałków korzeni młody Krawiec ustawił na pustych półkach w holu szkoły. Tak się dyrektorowi spodobały, że wydał polecenie, by każdy uczeń wykonał coś podobnego: – Przecież zostaniecie leśnikami, więc to jest zadanie na ćwiczenie wrażliwości leśnej – powiedział.

ŚWIAT DO MNIE WIERSZEM MÓWI

Poeci postrzegają świat inaczej niż inni. Mają wyostrzoną wrażliwość, widzą głębiej, więcej. L. Krawiec to bardzo skromny człowiek. Nie lubi, gdy mówi się o nim „poeta”. – To za wielkie słowo. Ja tylko piszę wiersze. Nie dziw się moim rymom, bakałarzu, ja maczam pióro w sercu, nie w kałamarzu. Moje rymy są proste, niewyszukane, ale płyną z głębi mojej duszy. Piszę, gdy jest mi smutno, tęskno, gdy mnie coś zachwyci, wzruszy, gdy chcę kogoś rozśmieszyć. Nic nie mogę poradzić, że świat do mnie wierszem mówi. Ja tylko to zapisuję. Od urodzenia związałem się z lasem, który jest moim ukochanym domem. Uwielbiam przyrodę, natura mnie zachwyca. Ile wierszy można napisać o lesie? Nieskończenie wiele. Więcej niż liści na parchowskich bukach, więcej niż kropel wody w Mauszu. Przyroda to kopalnia natchnienia. Wystarczy patrzeć, słuchać, czuć. Tematy są wszędzie. Każdy obłok, piórko na wietrze, krzyk żurawia, opadający listek, dają mi impuls do pisania. Nie wiadomo, kiedy on przyjdzie, więc już nie rozstaję się z notesem i długopisem. Ale zdarzało się, że Wena przyszła do mnie w lesie, a nie miałem akurat nic do pisania. Wtedy wklepywałem to w komórkę i od razu komuś wysyłałem. Gdy tylko napiszę pierwszych kilka słów, to dalej już samo się układa. Często tak szybko, że ręka za myślą nie nadąża. A bywa i tak, że piszę jeden wiersz, a drugi już się równolegle układa. Zupełnie jakbym miał dwie głowy. Niedawno w nocy napisałem wiersz o szronie. Wstałem o godz. 3.00, wyszedłem przed leśniczówkę, zobaczyłem srebrzysty, bajeczny las, pobielone trawy, liście. Gwiazdy świeciły, księżyc w pełni. Usiadłem i napisałem wiersz o szronie urojonym, istniejącym tylko w wyobraźni. Krajobrazy, które na co dzień widuję w lesie, zachowuję pod powiekami. Po jakimś czasie same do mnie wracają. Wtedy siadam i za chwilę wysyłam przyjaciołom nowy wiersz – mówi leśnik.

WYDAJ TO W KOŃCU!

Gdyby zebrać wszystko, co Leszek do tej chwili napisał, wyszło by kilka pokaźnych tomów. Od lat przyjaciele namawiają go, by w końcu wydał choć jeden tomik. Może kiedyś do tego dojdzie. Na razie sami wybrane jego wiersze drukują, domowym sposobem oprawiają. W ten sposób powstało już kilka tomików radosnych, do każdego przemawiających utworów. Rozprowadzane są po rodzinie i najbliższych znajomych. Jak dotąd udało się Leszka namówić jedynie do wysłania kilku wierszy na organizowany cyklicznie przez Ośrodek Kultury Leśnej w Gołuchowie Ogólnopolski Przegląd Twórczości Leśnej OPTAL 2015. Tam skromny maszynopis zatytułowany „Lasu Miłowanie” umieszczono w gablocie obok innych, już wydanych, pisanych przez leśników tomów poezji. To zachęciło Leszka do następnych prób. Wysłał wiersz na ogólnopolski konkurs jednego wiersza. – Znalazłem się tym samym, choć przez chwilę, wśród najlepszych poetów kraju. List z podziękowaniem za udział w konkursie przechowuję do dziś. O wygranej nawet nie marzyłem, sam udział dał mi dużą satysfakcję. W tym roku, też za namową przyjaciół, poszedłem na spotkanie bytowskiego klubu „Wers”. Miałem, przyznam się, wielką tremę. Przecież „Wers” skupia twórców nie tylko z gminy Bytów. Można tam spotkać poetów z Parchowa, Lipnicy, Kołczygłów, a nawet ze Słupska i Miastka. Zastanawiałem się, jak ja, prosty leśnik, z moimi prostymi wierszami, zostanę odebrany przez poważnych poetów z sukcesami literackimi na koncie. I przyznam, że nie spodziewałem się takiego ciepłego przyjęcia. A gdy po kilku spotkaniach zaproponowano mi wstąpienie do klubu, szczęście moje nie miało granic. Na dodatek jeszcze 9 moich wierszy umieszczonych zostanie w wydawanym właśnie tomiku. To mnie bardzo cieszy, chociaż nie robię tego dla sławy, tylko dla siebie, potrzeby serca. Wystarcza mi, że rodzina, najbliżsi przyjaciele i znajomi, to moje pisanie doceniają – mówi utalentowany leśnik.

POWRÓT DO KORZENI

Leszek Krawiec przez 33 lata pracował jako leśniczy-szkółkarz. Uwielbiał tę pracę. Gdy założył rodzinę, zwykł mówić, że niczego więcej do szczęścia nie potrzebuje. W domu rośli synowie i córki, a w lesie, na uprawach, jego sadzonki. Jeszcze teraz ze szkółki wydawane są drzewka, które wyhodował od nasionka. – Przez lata zapamiętałem się w pracy Las wierszem malowany

tak, że wszystkie pasje poszły w kąt. Najprędzej wróciłem do pisania, potem do malowania. Kiedyś dużo malowałem akwarelą lub olejem. W domu cały czas stały płótna, papier, farby. Potrzeba, a raczej przymus malowania przyszedł niespodziewanie, w momencie, gdy dosłownie nie miałem nic pod ręką. Pewnego dnia nad szkółką leciały kaczki. Poczułem, że muszę je namalować i to natychmiast! A tu ani papieru, ani farb! A ręce aż się rwą do pracy! I wiem, że to jest właśnie TA chwila! Co robić? Wyciągnąłem zza szafy jakąś starą tablicę ze szkodnikami leśnymi. Nożem uciąłem gałązkę brzozową, końcówkę wyklepałem młotkiem, równo przyciąłem, wziąłem pojemnik z tuszem. Już miałem i czym, i na czym malować! Na odwrocie tablicy pod niebo poleciały kaczki – wspomina.

Inna jego pasja, która poszła w zapomnienie, korzenioplastyka, też niedawno do niego wróciła. Stało się to w upalne lato, gdy wyschło leśne jezioro w jednym z parchowskich rezerwatów. – Po przekazaniu szkółki mojemu następcy, zostałem strażnikiem leśnym. Jeżdżąc po lesie zobaczyłem na brzegu jeziora ogromną ilość korzeni. Podniosłem jeden, spojrzałem i… znów mnie wzięło! Napakowałem trochę korzeni na pakę. Wyobraźnia zaczęła pracować tak, że nie nadążałem z wydobywaniem z drewna moich wizji! Coraz więcej i więcej korzeni przywoziłem z wyschniętego jeziora, zbierałem je też na uprawach i w lesie – wspomina L. Krawiec. W ciągu tego lata powstało kilkaset figurek zwierząt, ptaków, postaci ludzkich. Cała altanka zamieniła się w galerię. Nie mieściły się na jednym poziomie? Dorobił drugi i trzeci. Odwiedzającym go znajomym czy interesantom na widok tej kolekcji oczy wychodziły ze zdumienia, a ręce same się po te rzeźby wyciągały. Jeden z kolegów sfotografował wszystkie, zdjęcia wydrukował i złożył z nich album, który Leszek z dumą pokazuje. Propozycje, by zaczął te figurki sprzedawać, słyszał prawie tyle razy, ile namowy na wydanie swoich wierszy. Śmiał się z tego. Jak się komuś coś szczególnie podobało, dawał po prostu na pamiątkę. – Ja tego nie robię dla zarobku, tylko dla zabawy. Trzeba umieć się bawić. Powiadają mądrzy ludzie, że nie dlatego się przestajemy bawić, bo się starzejemy, ale dlatego się starzejemy, ponieważ przestajemy się bawić – kończy puentą.

 

Chłop z lasu

Jestem chłop z lasu, lennik przyrody

Jej piękno jest moją strawą

Widzę świat baśni, ja, ciągle młody

Oddycham kwiatem i leśną trawą

Jodełkę moją tu głaszczę

Wiersze z motylami buduję

Ptaszkom za koncert sercem klaszczę

Moja miłość obok drzew wędruje

Tu dusza moja słońca świeci promykiem

Oczy też gwiazdy w sobie tulą

Jestem tylko skromnym

leśnikiem

A kora sosny jest moją koszulą.

U stóp przyrody

A gdy uklęknę przed tobą, urodo przyrody

Pierścieniem uczuć moich

cię otoczę

Ja twój wierny poeta już niemłody

I o twoją rękę, kochana,

Cię poproszę?

Nie odmów mi, kochana tej chwili radości

Uśmiechu, ciepła mi swojego

nie żałuj

Za moją gamę uczuć i miłości

Choć swoją przyjaźń mi

podaruj.

 

Zachód nad Mauszem

Buczyna Parchowska kłania się wodzie

Gdy brzegiem Mausza z rymem wędruje

I w tym zakątku, w tej jego

urodzie

Tu tylko moje serce wielką

radość czuje.

Tyle tu piękna, gdy słonko

zachodzi

I widzę jego czerwień

na konarach,

Która na fali słodko sobie

brodzi

Tak, tu jestem zatopiony

w czarach.

banner
banner
banner

ARCHIWUM PDF